marca 26, 2021

Udekoruj swój dom na święta!

Udekoruj swój dom na święta!

 

Sklepy, galerie, kwiaciarnie zalewają nas z każdej strony gotowymi rozwiązaniami dekoracji, nie tylko Wielkanocnych, ale również takich do codziennego wystroju naszych wnętrz. 

I dobrze…

Zawsze zwracam na nie uwagę, chętnie się im przyglądam i inspiruję się nimi, jednak zawsze staram się stworzyć coś własnego i nietuzinkowego.

I takim sposobem przyszła Wielkanoc 2021, a z nią kilka propozycji dekoracji moich oraz moich córek, które z wielką chęcią tworzą wianki i pisanki.





Żywe kwiaty!

Wielkanoc nierozłącznie kojarzy się nam z wiosną. Z kwiatami przebijającymi się nieśmiało spod śniegu, tulipanami na stole, żonkilami  w malutkich doniczkach. Nie mogło żywych kwiatów zabraknąć i u mnie. 

Do kompozycji wykorzystałam jedną z wielu tortownic, które niewykorzystane leżały na półce w spiżarni, trochę juty, aby przykryć foremkę, ziemię do kwiatów, bratki, koronkę oraz kilka jajek przepiórczych, aby nadać kompozycji bardziej  wielkanocny charakter.



Idealnym dodatkiem są też ręcznie robione wypychanki, które w piękny sposób oddają świąteczny charakter naszej kompozycji.

Osobiście uwielbiam te najbardziej naturalne, o mało zarysowanych kształtach, wpasowujące się w wiele kompozycji!







Ilość półproduktów oferowanych przez sklepy jest ogromna!

Dlatego z powodzeniem można stworzyć wianek na wiklinowej bazie dodając przeróżne jajka, piórka, bazie, bukszpan, gałązki, plastry drewna, a nawet żółte kurczaczki :)

W zależności od indywidualnych preferencji.

Sama jednak wychodzę z założenia, że czasami mniej znaczy więcej. 



"Bunny Ears napkin" to bardzo ciekawy sposób, aby podać serwetę obiadową, albo po prostu stworzyć ciekawą dekorację stołu.

Wystarczy kwadratowa serweta złożona na pół, zwinięta od czubka aż do szerokiego końca, owinięta wokół pisanki i przewiązana u góry wstążką.

Takie cudo! 👯

A co powiecie na wielkanocne obrazy?

Dzięki nim nie tylko nasz stół będzie wyglądał odświętnie, ale i każdy kąt, który tylko sobie wybierzemy!

Wystarczy zwykła ramka na zdjęcie, kawałek juty, farba akrylowa oraz szablon np. zajączka, wydrukowany z komputera.

Technika jest bardzo prosta, ponieważ wymaga tylko wycięcia szablonu, przyłożenia go do kawałka juty i nałożenia na niego farby (ja do tego wykorzystuję gąbeczkę do makijażu). Osobiście wolę, kiedy moje prace nabierają efektu 3D, więc pod koniec, klejem na gorąco dokładam dekoracje wg własnych preferencji- tutaj- bazie oraz koronka.



Patchworkowe pisanki

to jedna z moich ulubionych dekoracji wielkanocnych. 

Bukiet bazi, a na nich zawieszone pisanki, otulone materiałem, wypełnione koronką i wykończone mieniącym się w słońcu kryształkiem tworzą oryginalną i cieszącą oczy kompozycję!

W wystarczy tylko naciąć z kilku stron styropianową pisankę, upchnąć w nacięcia materiał otulając nim pisankę, a nieestetyczne brzegi przykryć koronką. 



Pisanki 3D

Niedawno odkryta przeze mnie lekka masa plastyczna, połączona z wykorzystywaną niejednokrotnie metodą decoupage pozwalają stworzyć taką oto dekorację. 

Ma w sobie wszystko- naturalne barwy, przestrzenny wymiar, przykuwający wzrok pomysł.

Do jej wykonania niezbędne są foremki silikonowe z wybranymi kształtami, masa plastyczna, klej, pisanka styropianowa, farby akrylowe, serwetki do decoupage 'u, klej oraz lakier do wykończenia.

Tak stworzona pisanka, umieszczona na stojaku tworzy samodzielną kompozycję cieszącą nasze oczy :).



Oczywiście wszystkie pomysły, które pokazałam w tym poście wymagają od nas odrobiny poświęcenia, czasu i zaangażowania. Jednak stanowią nie tylko źródło oryginalnych dekoracji ale także są wspaniałą opcją na spędzenie czasu z rodziną. 


WESOŁCH ŚWIĄT!

czerwca 24, 2020

NOWA BAJKA DLA TWOJEJ POCIECHY! TYM RAZEM O PRZYGODACH RUDOWŁOSEJ GERTUDY :)


Rudowłosa Gertruda
i jej przyjaciółka
Nuda
Cześć!
Myślisz, że do dobrej zabawy najlepszy będzie wielki plac zabaw z niezliczoną ilością atrakcji? Albo może kino? A może najnowsza zabawka? Jeśli tak właśnie myślisz, to musisz poznać mnie, moją rodzinę i naszą historię. Jestem pewna, że na końcu tej opowieści zupełnie zmienisz zdanie.
Mam na imię Gertruda, ale prawie nikt się do mnie tak nie zwraca. Wszyscy wołają do mnie: „Pomarańczko, chodź do nas!”, „Pomarańczko, zrób to!”, „Pomarańczko to, Pomarańczko tamto!”. A to wszystko za sprawą moich pomarańczoworudych włosów, które przypominają swoim kolorem pomarańczę, albo jak wolisz mandarynkę.
O rudo-marudo! Na samą myśl cieknie mi ślinka. Dlatego tak bardzo lubię być nazywana Pomarańczką. Uwielbiam smak tych owoców. Ale muszę Ci powiedzieć, że nie tylko tych, bo wszystkie owoce są bardzo zdrowe i mają w sobie dużo witamin. Więc pamiętaj, gdyby dopadło Cię jakieś katarzysko, albo inne choróbsko, sięgaj po owoce. Wiem, pewnie rodzice często Ci to powtarzają, ale musisz mi uwierzyć, bo to prawda!
Ale dość o moich włosach. Myślę, że w normalnym świecie, no wiesz, takim niebajkowym moglibyśmy się zaprzyjaźnić. Mam sześć lat i chodzę do przedszkola. O rudo-marudo! Jak ja lubię tam chodzić! Panie każdego dnia wymyślają dla nas fantastyczne zabawy. Na przykład tydzień temu robiliśmy brokatowe slajmy, no wiesz takie ciągnące glutki do zabawy, a wczoraj sadziliśmy w doniczkach cebulki i pietruszki, z których wyrosną szczypiorek i pachnąca natka- idealne do kanapek czy zupy. Bardzo ciekawa jestem, czy Ty też chodzisz do przedszkola i czy lubisz to tak bardzo, jak ja.
Dzisiaj jednak chciałabym Ci opowiedzieć historię o tym, co się u mnie niedawno wydarzyło. Usiądź wygodnie i posłuchaj, bo taka przygoda może kiedyś przydarzyć się i Tobie, a wtedy ta opowieść będzie dla Ciebie idealnym przewodnikiem, wiesz, jak taka mapa dla poszukiwacza zaginionego skarbu.
Normalnie, jak chyba każde dziecko, uwielbiam zimę. Sanki sunące po skrzypiącym śniegu, bitwę na kulki śnieżne, lepienie wielkiego bałwana i oczywiście kulig, który każdego roku organizuje dla nas moja ciocia. Ach te konie! Gdybym tylko mogła, pokazałabym Ci, jak pięknie biegną po śniegu. Nawet przemoczone rękawiczki i zmarznięte ręce nie przeszkadzają mi w zimowych zabawach.
Ale ta zima, choć na początku nic na to nie wskazywało, była zupełnie inna. Już na początku grudnia ciągle padał śnieg. Wszystkie drzewa i domy okryte były śnieżną pierzynką. Było bajkowo. Nie wiem jak Ty, ale ja zawsze próbuję złapać na język każdą spadającą z nieba śnieżynkę.
Codziennie przybywało śniegu. Było go więcej i więcej. I nie przeszkadzałoby mi to, ale widziałam zmartwienie w oczach moich rodziców. Specjalne samochody do odśnieżania drogi nie zawsze zdążyły przyjechać na czas, przez co spóźniałam się do przedszkola a moi rodzice do pracy. Pewnego dnia mamusia i tatuś oglądali wieczorne wydanie wiadomości, w których pięknie ubrana pani powiedziała, że napadało tyle śniegu, że przez najbliższe dwa tygodnie musimy zostać w domu. Wyobrażasz to sobie? Zamknęli moje przedszkole i pracę moich rodziców. Musieli pracować z domu, przez telefon i komputer. Dzieci też musiały uczyć się w domu, choć ja byłam jeszcze ciut za mała.
Z domu można było wychodzić tylko wtedy, kiedy kończyło się jedzenie i trzeba było pójść do sklepu, albo wtedy, kiedy ktoś zachorował i musiał pojechać do lekarza. W przeciwnym razie wychodzenie na zewnątrz było bardzo niebezpieczne, ponieważ przez śnieżycę nic nie było widać. Wszyscy bardzo się martwili, bo taka pogoda miała się utrzymać przez całe dwa tygodnie. Na początku myślałam, że tylko parę razy zamknę i otworzę oczy i już.
-Też tak robisz? - Ja zawsze pytam mamusi, ile jeszcze nocek zostało, ale tym razem wydawało mi się, że trwa to całą wieczność.
Na początku było fajnie! Razem z moim młodszym braciszkiem Henryczkiem spędzaliśmy mnóstwo czasu z rodzicami. Ale powiem Ci w tajemnicy, że jak ten mój Henryczek nabroił, to zamieniał się w złośliwego Heńka. Łobuz był z niego ogromny! Wszędzie rozrzucał zabawki i zostawiał brudne ubrania. No, ale posłuchaj dalej.
Każdego dnia czytaliśmy z rodzicami bajki. O gadających kotach, o miauczących kotach, o kotach w butach, o świnkach, księżniczkach i innych magicznych stworzeniach. Już chyba wszystkie bajki znałam na pamięć. Potem, jak już znudziło nam się całe to czytanie wpadliśmy na pomysł, żeby układać własne historyjki. Siadaliśmy wszyscy na włochatym zielonym dywanie i tatuś rozpoczynał zabawę. Wymyślał historyjkę, przez parę chwil ją opowiadał a potem przerywał, a osoba, której przekazywał kolorowy balonik musiała opowiadać dalej. To była świetna zabawa. Nasze historie były tak fantastyczne, że moglibyśmy z nich ułożyć całą książkę. Niestety i to mi się w końcu znudziło. Ale rodzice mieli dla nas niespodziankę - zaplanowali kino domowe - takie z popkornem oczywiście. Ja wolę na niego mówić po prostu wybuchająca kukurydza. Uwielbiam, kiedy ziarenka strzelają w mikrofalówce zamieniając się w dziwaczne, chrupiące kształty. Czasami przez długie chwile przyglądamy się tym kształtom i próbujemy zgadnąć, co przypominają (zawsze, ale to zawsze po zjedzeniu popkornu muszę prosić mamusię o pomoc w szczotkowaniu ząbków, bo potrafi bardzo łatwo między nimi utknąć). Takim sposobem obejrzeliśmy chyba wszystkie bajki i filmy. O gadających zabawkach, o Roszpunce, o Alladynie i latającym dywanie, Kopciuszku i jeszcze wiele innych, których nawet już nie pamiętam. I tego miałam w końcu dosyć! Miałam jeszcze w zanadrzu hulajnogę i rowerek, którymi mogłam pojeździć w naszym salonie. Szkoda tylko, że nie mogłam się rozpędzić jak na podwórku, bo jeżdżenie w kółko wokół stołu sprawiało, że kręciło mi się w głowie.
Początkowo, rodzice pozwalali nam wychodzić na dwór by ulepić bałwana i porzucać się śnieżkami, ale potem zrobiło się bardzo zimno, a śnieg wirował razem z bardzo mocnym wiatrem. O przeziębienie nie było trudno, a do lekarza nie było jak jechać. Dlatego postanowiliśmy razem z rodzicami, że ten czas jednak spędzimy w domu. Grzaliśmy się herbatką z sokiem z malin, a na obiad zajadaliśmy się pysznym i pachnącym rosołkiem. Wszystko po to, żeby się nie rozchorować. Ehhh, coraz bardziej się nudziłam. Marzyłam o tym, aby spotkać się z moimi koleżankami i kolegami z przedszkola. Marzyłam też o tym, żeby moja mamusia i tatuś przestali się już zamartwiać.  Z każdym dniem było coraz gorzej. Pewnego wieczora tak bardzo się nudziłam, że zasnęłam przed wieczornym czytaniem bajek. Wtedy wydarzyło się coś niezwykłego.
Właśnie przekręcam się w moim łóżku na drugi bok, dostrzegam cieknącą po moim policzku ślinkę i nagle słyszę dziwne dźwięki. To brzmiało mniej więcej tak: „Tu dum, tu dum, tu dum, dum, dum”. I nagle wszystko ucichło. Jednak po chwili znów słyszę te same odgłosy. Chyba dobiegały z kuchni, ale ja poczułam się, jakbym usłyszała prawdziwe bębny dzikiego plemienia tańczącego wokół ogniska. O rudo - marudo! W mojej głowie pojawiało się tysiące myśli, więc oczywiście postanowiłam sprawdzić, co się dzieje. Cichutko na paluszkach pobiegłam w tamtą stronę. Nie uwierzysz! To mama, wielkim drewnianym młotkiem ubijała kotlety na obiad. Takie pyszne, soczyste natarte czosnkiem i przyprawami. Najlepsze, jakie jadłam w życiu!
Ale wciąż w mojej głowie dudnił odgłos młotka uderzającego o blat stołu. I wtedy razem z Henryczkiem postanowiliśmy zabawić się w plemię Indian. Oczywiście mamusia i tatuś dołączyli do nas. Zaczęliśmy od zbudowania dwóch namiotów. Może nie wyglądały jak prawdziwe namioty tipi (tak naprawdę nazywa się indiański namiot), ale też były świetne. Do ich zbudowania wykorzystaliśmy wszystko, co mieliśmy pod ręką. Połączyliśmy krzesła i przykryliśmy je kocami. W środku na podłodze rozłożyliśmy drugi koc, na którym położyliśmy kolorowe poduszki. A wieczorem, kiedy tata rozpalił w kominku, wyszliśmy z naszych kryjówek i zaczęliśmy tańczyć wokół trzaskającego ognia. Ale wiesz, co było najfajniejsze? Mamusia poszła do spiżarni i przyniosła nam garnki i miski, w które bez opamiętania zaczęliśmy głośno uderzać drewnianymi łyżkami. Zasłanialiśmy i odkrywaliśmy też na zmianę nasze buzie wydając z siebie przezabawne odgłosy. To brzmiało mniej więcej tak: „Ła, ła, ła, ła, ła”.  Przypomniałam też sobie, że mam kolorowe farbki do malowania twarzy, więc szybko po nie pobiegłam, żeby zrobić na twarzy kreski podobne do tych, które malują sobie Indianie. Było u nas jak w prawdziwej wiosce indiańskiej.
Na koniec pamiętam tylko, że położyłam się na jednej z poduszek i chyba zasnęłam w swoim namiocie. Obudziłam się jednak w swoim łóżku. Jak ja lubię takie teleportacje (tatuś nauczył mnie tego słowa, a oznacza, że w jednej chwili znajdujesz się w jednym miejscu, a już za moment jesteś zupełnie gdzie indziej)!  Szkoda tylko, że wczorajszy dzień się skończył, a ja znów zaczęłam się strasznie nudzić. Żadna zabawa nie była dla mnie wystarczająco interesująca. Usłyszałam też mamusię, która rozmawiała przez telefon. Była bardzo smutna, bo martwiła się całą tą sytuacją z wielkim śniegiem, zamkniętymi sklepami, szkołami i przedszkolami. I wtedy wpadł mi do głowy genialny pomysł. Mamusia przecież bardzo lubi ładnie wyglądać. Pobiegłam więc do niej i zaproponowałam, że możemy wspólnie urządzić gabinet kosmetyczny - wiesz, taki, w którym Panie nakładają Ci krem na twarz, malują oczy i usta. Widziałam, że mamusia początkowo bardzo się ucieszyła, ale potem znów posmutniała. Przypomniała sobie, że jakiś czas temu, kiedy pozwoliła mi skorzystać ze swoich kosmetyków dostałam strasznego uczulenia. Moje oczy zrobiły się czerwone i spuchnięte, a twarz bardzo mnie swędziała. O rudo-marudo! W tym momencie przyszedł mi do głowy świetny pomysł! Poprosiłam mamusię żeby wyjęła z szafek mąkę ziemniaczaną, buraka, kakao i miód. Chociaż mama się mocno zdziwiła, nie protestowała. Pozwoliła mi skorzystać ze swoich pędzli i w tym momencie przystąpiłam do działania. Jako profesjonalna pani od makijażu poprosiłam mamusię, żeby wygodnie usiadła i zamknęła oczy. Najpierw zanurzyłam pędzel w mące ziemniaczanej, bo zastępowała mi nic innego, jak puder do twarzy. No może była troszkę jaśniejsza od pudru (no może ciut więcej niż troszeczkę) i z tego powodu mamusia mogła usłyszeć moje cichutkie chichotanie, kiedy pędzelkiem nakładałam ją na twarz- no, ale cóż. Trzeba sobie radzić. Później wzięłam kakao. Wydawało mi się idealne do pomalowania oczu oraz policzków. Czasami obserwowałam mamusię, jak się maluje, więc wiedziałam, do czego może mi się przydać. Nieco mniejszym pędzelkiem delikatnie pomalowałam buzię, natomiast biorąc na paluszek odrobinę kakao, wklepałam je delikatnie w powieki oczu. Było pięknie, naprawdę! Spróbuj tego kiedyś! Szkoda, że odkryłam to dopiero teraz. Może jednak nuda nie jest taka zła, może mogłabym się z nią zaprzyjaźnić. O, miałam jeszcze buraka. Mama przekroiła go na pół, aby mogło z niego wypłynąć odrobinę soku. Wykorzystałam go, aby policzki mojej mamusi nieco się zaróżowiły. A miód zastępował szminkę. Dzięki niemu usta pięknie błyszczały, a w dodatku znakomicie smakowały. I nie tylko one, bo moje paluszki były równie smakowite, a ja przecież nie mogłam pozwolić, żeby choć odrobina miodu się zmarnowała. Oblizałam więc każdy z dziesięciu paluszków. Miałam tylko nadzieję, że mamusi spodoba się mój makijaż. Kiedy zaprowadziłam ją przed lustro, obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Ale przecież o to właśnie mi chodziło! Na jej twarzy pojawiły się łzy szczęścia, a kąciki ust uniosły się do góry. To był cudowny moment, bo nie lubię, kiedy mama się smuci. Oczywiście tata i Heniu mieli ubaw po pachy, ale przynajmniej wszyscy świetnie się bawiliśmy i chodź na chwilę mogliśmy zapomnieć o trudnej sytuacji na zewnątrz. Tatuś powiedział mamusi, że  jej buzia przypomina mu porcelanową laleczkę, tę która stoi w moim pokoju i tańczy kiedy otworzę szkatułkę. Miał trochę racji. Ona jest piękna, delikatna, błyszcząca i taka spokojna. Jak mama.
Pozostało nam tylko posprzątać w kuchni cały ten bałagan, rozsypaną mąkę, poklejony od miodu stół i burakowe stemple odbite tu i tam. O! Chyba już mnie trochę poznałaś, więc pewnie domyślasz się, co wpadło mi teraz do głowy! Tak, właśnie tak. Pozostały burak mogłam wykorzystać do zrobienia pieczątek. Ale to zabawa na inny dzień, bo po dniu pełnym wrażeń szybko pobiegłam do łazienki, gdzie umyłam rączki i ząbki i prędko wskoczyłam pod kołderkę.
 - Dobranoc Nudo, ciekawe, jakie pomysły podsuniesz mi do głowy jutro - pomyślałam i głęboko zasnęłam.
Już z samego rana obudził mnie dźwięk wiertarki. Był nieco przytłumiony, ponieważ dobiegał z piwnicy. Założyłam swój mięciutki szlafroczek i kapcie, które przypominały jednorożce i ostrożnie zeszłam po schodach. Najpierw zobaczyłam Henryczka, który asystował tatusiowi przy naprawie drzwi. Tatuś zawsze jest bardzo zapracowany, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, wreszcie znalazł chwilkę, żeby naprawić drzwi, które nie chciały się zamknąć i przez to ciągle wpadał przez nie chłód.
„Wrrrrrrrrrrr, wrrrrrrrrrrr” – tak właśnie brzmiał odgłos pracującej wiertarki. Początkowo coś mi przypominał, ale nie wiedziałam, co to takiego.
-Już wiem! – krzyknęłam głośno - Tatusiu! – wołałam, próbując przekrzyczeć wiertarkę.
Tatuś nadal nic nie słyszał, ale chyba zobaczył, jak ruszam buzią próbując mu coś powiedzieć, więc wyłączył urządzenie.
- Pomarańczko, chcesz mi coś powiedzieć? - zapytał.
- Tatusiu, pamiętasz jak byliśmy u pani dentystki? - zapytałam go.
- Tak Pomarańczko, dokładnie pamiętam - odpowiedział tatuś.
- Ta wiertarka brzmi dokładnie tak, jak to małe urządzenie, które pani doktor wkładała mi do buzi, żeby naprawić mojego ząbka - powiedziałam szybko.
-Tak kochanie, masz rację. I wiesz, co jeszcze?  Mimo, że oba urządzenia nieco różnią się od siebie, to oba naprawiają różne rzeczy. Moja wiertarka jest nieco większa i służy do naprawiania zepsutych przedmiotów, a wiertareczka pani doktor, choć nieco mniejsza służy do naprawiania ząbków.
-Tak Tatusiu, masz rację - krzyknęłam szczęśliwa – wiesz, poddałeś mi świetny pomysł, teraz ja zabawię się w panią doktor i sprawdzę ząbki Heniowi.
-Heniu, co ty na to?
Heniu, który stał obok taty, kiwnął głową na znak, ze się zgadza.
Takim sposobem pobiegliśmy do kuchni, gdzie mama cieszyła się chwilą odpoczynku i piła kawę, której zapach roznosił się na cały dom. Poprosiliśmy ją o łyżeczki, drewniane patyczki, które całe lato zbieraliśmy jedząc lody, kilka jednorazowych gazików, takich do przecierania ran, kiedy ktoś się skaleczy, lusterko, lampkę oraz kromkę chleba. Poprosiłam Henia, aby usiadł przy oknie. Mamusia włączyła do kontaktu lampkę, którą sama nakierowałam w kierunku buzi Henia. Otwarł ją szeroko wyszczerzając wszystkie zęby.
O, Heniu! – zawołałam - zdecydowanie częściej powinieneś myć zęby! Higiena jamy ustnej jest zdecydowanie bardzo ważną sprawą - dodałam.
I takim sposobem zaczęłam się przyglądać zębom Henryczka. Wzięłam lusterko i przybrałam poważną minę. Za pomocą drewnianego patyczka mogłam obejrzeć wszystkie zakamarki.
-Heniu, wydaje mi się, że twój ząbek ma niewielką dziurkę i wymaga zaklejenia – oceniłam.
Wzięłam więc łyżeczkę i delikatnie postukałam ząbka. Na szczęście Heniu znakomicie potrafi udawać, więc kiedy tylko usłyszał stuknięcie łyżeczki, podskoczył na krześle wydobywając z siebie głośne: „Ała!”.
-Tak też myślałam - dodałam szybko- teraz wezmę plombę zrobioną z kilku okruszków chleba i zakleję dziurkę.
Po chwili plomba była gotowa, a Henryczek bez zastanowienia powiedział:
-Nareszcie mnie nie boli. I w końcu mogę zajadać słodycze!- dodał.
-Henryku! - powiedziałam zdenerwowana- jeśli chcesz mieć zdrowe ząbki i piękny uśmiech, musisz przestać jeść słodycze i zacząć myć swoje zęby. W innym razie szybko się zepsują. Henryk spuścił głowę i przyznał rację pani doktor.
- No dobrze Heniu- powiedziałam- skoro byłeś takim dzielnym pacjentem, to oczywiście zasłużyłeś na nagrodę. Mam dla Ciebie naklejkę. Możesz wybrać jedną, która najbardziej Ci się podoba.
Heniu wybrał naklejkę ze Supermanem i podziękował pani doktor za opiekę nad ząbkami.
Ach, co to był za dzień. Już myślałam, że znowu będę się strasznie nudzić, a tymczasem moja nowa koleżanka Nuda miała dla mnie nowy, ciekawy pomysł. Pewnie, gdyby nie ona i tyle wolnego czasu, nie wpadłoby mi do głowy, że wcale nie potrzebuję specjalnych zabawek, aby dzień był naprawdę udany.
Dziękuję Nudo- powiedziałam cichutko. Nie mogę doczekać się kolejnego dnia.
Takim sposobem po dniu pełnym wrażeń mocno zasnęłam w swoim łóżeczku.
Kiedy obudziłam się wczesnym rankiem, za oknem wciąż padał śnieg. Nic nie wskazywało na to, że pogoda zacznie się poprawiać. Wciąż nie można było pójść do przedszkola, a rodzice nadal nie mogli wrócić do pracy. Starałam się robić wszystko, aby pomagać mamusi i tatusiowi w codziennych obowiązkach. Codziennie pisałam literki, kolorowałam obrazki, pomagałam przy obiedzie. Ale widziałam, że coraz trudniej było ich rozweselić. Ale wtedy wydarzyło się coś zabawnego. Kiedy stanęłam na progu pokoju, w którym siedzieli mama i tata, oni spojrzeli na mnie dziwnym wzrokiem. Początkowo nie wiedziałam, o co im chodzi, ale po chwili zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. Nie wiem, jakim cudem, ubrałam spodnie na lewą stronę a skarpetki zupełnie nie do pary.
- O rudo- marudo!- Jak to się mogło stać?- zastanawiałam się śmiejąc się jednocześnie z siebie. Ale, ale! – Mam pomysł!- krzyknęłam głośno.
-Mamo, tato, urządźmy pokaz mody. Inny niż wszystkie. Załóżmy na siebie, co tylko chcemy i jak tylko chcemy – zaproponowałam wesołym głosem.
-Już widzę ten bałagan po całym pokazie mody- powiedziała mama- ciekawe, kto go posprząta - dodała.
-Ale, co tam, macie piętnaście minut, żeby ubrać na siebie, co tylko zechcecie. Kiedy zadzwoni dzwonek, czas się skończy, a wszyscy zaprezentujemy swoje stroje. Czas start!- krzyknęła mamusia i zabawa się rozpoczęła.
-O rudo-marudo! – ogarnęła mnie panika, ale na szczęście miałam w głowie pewien pomysł.
Najlepszy był Henryczek. Chyba naprawdę stęsknił się już za słońcem, ponieważ ubrał na siebie krótkie spodenki w jakieś palmy i koszulkę w ananasy. W starym pudle wyszperał słomiany kapelusz i różowe okulary. Na stopy założył klapki i udawał, że jest na plaży. A! zapomniałam jeszcze dodać, że wokół pasa założył gumowe kolo do pływania. Chyba świetnie się z nami bawił.
A mama?! To dopiero trzeba było zobaczyć. Miała na sobie stary garnitur taty, krawat, koszulę i elegancki kapelusz. Ale zaraz zaraz… . Kiedy podniosła głowę pod jej nosem dostrzegliśmy wąsy. Mama wpadła na genialny pomysł i kredką do oczu, ukrytą głęboko w toaletce namalowała wąsy, które dodały jej eleganckiego wyglądu. W ręce trzymała długi parasol i podskakiwała, wesoło udając, że przeskakuje kałuże.
A tato! O rudo-marudo! Tego nie da się odzobaczyć! Wyobraź to sobie. Z szuflady mamusi zabrał kolorową piżamkę i szlafroczek w czerwone serduszka. Na stopach miał nieco za małe pantofelki z ogromnymi mysimi noskami. To ulubione pantofle mamy, które dostała od nas na urodziny. Ale to jeszcze nic! Jego usta były niezdarnie pomalowane czerwoną szminką. A na włosach miał zawinięte wałki. To był na prawdę wyjątkowy widok.
Zostałam jeszcze ja. Długo nie mogłam zdecydować się, co na siebie założyć.
Najpierw myślałam o przebraniu księżniczki, ale przecież to byłoby zbyt proste. Na szczęście potem wpadł mi do głowy świetny pomysł. W szafie mamy znalazłam sukienkę w piękne kolorowe kwiaty. Założyłam do niej duży kapelusz, z którego zwisała kolorowa wstążka. Cały strój uzupełniały buty, oczywiście szpilki mamusi- chodzenie w nich całkiem dobrze mi szło, choć musiałam uważać, żeby nie zwichnąć nogi. W piwnicy znalazłam duży wiklinowy koszyk, do którego wrzuciłam kwiaty, które udało mi się znaleźć w domu. Wiesz za kogo się przebrałam? Tak! Za Panią Wiosnę! Tak bardzo za nią tęskniłam, że postanowiłam sama się w nią zamienić. Na koniec, w salonie, przy wesołej muzyce, każdy zaprezentował swój oryginalny strój.
To była świetna zabawa, po wszystkim  poszliśmy do kuchni, aby wspólnie przygotować budyń czekoladowy. Kiedy tak siedzieliśmy w kuchni, kątem oka dostrzegłam przejeżdżający po ulicy samochód do odśnieżania.
-Hura! Hura! –krzyknęłam wesoło. –Nareszcie wszystko będzie jak dawniej.
Temperatura w końcu powoli zaczęła spadać, a śnieg z godziny na godzinę topił się. Oczywiście razem z Henryczkiem i rodzicami zdążyliśmy jeszcze wyjść na dwór, aby ulepić ogromnego bałwana z marchewkowym nosem, węgielkowymi oczkami i starym kapeluszem taty. A zamiast miotły daliśmy mu łopatkę.
-A niech pilnuje, żeby nas nie zasypało!- wesoło zawołałam.
Chociaż to nie był łatwy czas, to jednak gdyby nie to, że musieliśmy zostać w domach, pewnie jeszcze długo, a kto wie,- może nigdy nie poznałabym Nudy. A z niej przecież taka fajna koleżanka. Przy niej nie potrzebuję bajek ani zabawek. Ale cieszę się, że będę mogła wrócić do przedszkola i bawić się z moimi koleżankami.
Chociaż zima jest bardzo fajna, to w tym roku sprawiła nam nieco kłopotów. Ale na całe szczęście wszystko wróciło do normy!
A może by tak…, a może by tak każdego roku robić sobie takie domowe ferie? –zaproponowałam nieśmiało.
-O RUDO- MARUDO!- wrzasnął Henryczek z drugiego pokoju.
Wesoło wybuchnęliśmy śmiechem.
I wszystko było jasne.
KONIEC.

czerwca 24, 2020





września 17, 2019






Bardzo często nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo kolor włosów wpływa na naszą urodę oraz na to, jak odbierają nas inni. 
Bardzo często również kobiety robią sobie zbyt ciemny lub zbyt jasny odcień włosów, co sprawia, że potem kobieta o subtelnej urodzie musi nakładać warstwy makijażu, by jej twarz nie wyglądała na szarą, bladą i zmęczoną. Nie o to jednak w tym wszystkim chodzi. Każda z nas może wyglądać promieniście nie nakładając na twarz żadnych kosmetyków.
Wybór odpowiedniego koloru włosów nie jest jednak tak prosty, jak mogłoby nam się wydawać. Ponieważ jest to część naszego ciała, która znajduje się na poziomie wzroku i wszelkiego widoku, nie możemy  potraktować go po macoszemu.
Oczywiście, kolor wraz z odpowiednim odcieniem włosów powinien zostać dobrany zgodnie z typem urody, karnacji czy rysami twarzy, ale przede wszystkim uważam, że powinien być zgodny z naszym wnętrzem. Musimy czuć, że jest częścią nas- musi oddawać nasz charakter, nasze usposobienie.
I tak, sama dawno temu eksperymentowałam z odcieniami blondu oraz czerni. Niestety- a może i stety, tak szybko jak zakładałam na włosy taki kolor, tak szybko wracałam do rudości. Po prostu czułam, że to nie jest to.
Już od dobrych chyba 10 lat jestem wierna odcieniom rudości- oczywiście na przestrzeni lat odcień, jego intensywność, nasycenie itd. zmieniały się delikatnie- ale zawsze był to kolor z palety soczystych rudości.

W nim czuję się sobą - pewną siebie, charakterną kobietą.

Musimy jednak pamiętać, aby  kolor włosów nas nie zdominował, dlatego warto wybrać się na samym początku do dobrego, doświadczonego fryzjera bądź stylisty. Nie oznacza to, że potem regularnie musimy odwiedzać salon fryzjerski i zostawiać w nim majątek. Oczywiście, raz na jakiś czas warto udać się do salonu, aby poddać nasze włosy specjalnym zabiegom, które sprawią, że włosy odzyskają blask i witalność. Poza tym- profesjonalne sklepy fryzjerskie a nawet zwykłe drogerie oferują całe gamy kolorystyczne farb i odżywek do włosów. Warto jednak pamiętać, aby nie wybierać tych najtańszych, ze składem pełnym bliżej nieokreślonej chemii.
Ostatnimi czasy udaje mi się odwiedzać fryzjera regularnie, jednak w domu tę funkcję pełni dla mnie mąż. Jeśli nie mam możliwości pójść do profesjonalisty moimi włosami zajmuje się właśnie on - z dumą mogę wyznać, że jego umiejętności niczym nie odbiegają od usług w salonie fryzjerskim.
Zdradzę Wam jeszcze jedną  tajemnicę- otóż jest coś, co sprawia, że moja rudość jest niemalże idealna – od farbowania do farbowania.
Otóż po umyciu włosów stosuję odżywkę koloryzującą sprawdzonej firmy AFFINAGE HOT SHOTZ w odcieniu jak najbardziej zbliżonym do farby, którą mam aktualnie na swoich włosach. To sprawia, że kolor nie traci zbyt wiele na swojej intensywności - a niestety rudości wyglądają obłędnie- ale bardzo szybko tracą swoją intensywność. Każde mycie włosów wypłukuje kolor, przez co włosy stają się coraz bardziej wypłowiałe. Dzięki odżywcie nakładanej raz w tygodniu nie mam z tym problemu. 
Niestety odżywka nie farbuje odrostów, więc farbowanie jest nieuniknione.

lipca 08, 2019

„BAŁAGANKA W OPAŁACH”


WSTĘP

Ach, jak dobrze jest mieć swój własny pokoik, swoją tajną bazę, w której można się bawić
i śmiać do woli, ale i schować przed wszystkimi. Trzeba jednak pamiętać, że o tę bazę trzeba czasami zadbać.
Och, gdyby tylko sprzątanie mogło być tak samo fajne, jak robienie psot i bałaganu. I co z tego, że potem potykamy się na porzuconej zabawce, albo stajemy bosą stopą na klocku, którym chwilę wcześniej się bawiliśmy? Najważniejsza przecież była świetna zabawa!
Dzieciaki-tak, tak właśnie Wy, przyznajcie się, lubicie sprzątać w swoich pokoikach?
Och, przepraszam, co za pytanie z mojej strony! Chyba na paluszkach jednej ręki moglibyśmy wskazać tych z Was, którym sprzątanie sprawia przyjemność. Ale czy wiecie, co może się wydarzyć, kiedy zapomnicie o sprzątaniu? Dziwne rzeczy zaczną się dziać! Prawdziwie cudaczne rzeczy, bo właśnie wtedy małe cudaki zwane Bałagankami wychodzą ze swoich kryjówek i cudują, bzikują na środku Waszych pokojów. A wszystko to dzieje się, kiedy Wy słodko śpicie.
Tak, pokój dziecka, to niezwykłe miejsce. Gotowa jestem zaryzykować i powiedzieć, że to magiczne miejsce, w którym dzieją się rzeczy, jakie Wam się nawet nie śniły. W każdym pokoju dziecka mieszkają wyjątkowi goście. Bałaganki. Tak, tak. Nie bez powodu tak właśnie się nazywają. Bałaganki kochają bałagan, ale nie myślcie, że im większy tym lepiej dla nich. Nie, nie. Nawet Bałaganki wiedzą, że wielki bałagan nie jest dobry.
Spotkaliście kiedyś prawdziwego Bałaganka? Otóż już teraz powiem Wam w sekrecie, że to prawie niemożliwe, że trzeba mieć dużo szczęścia żeby jakiegoś poznać. Kiedy jednak wysłuchacie tej opowieści, przekonacie się, że Bałaganki są bliżej niż Wam się wydaje. Otaczają Was każdego dnia, nawet wtedy, kiedy zdaje się Wam, że wokół nie ma żywej duszy, kiedy nie słychać nic poza Waszym oddechem.  A może zauważyliście na Waszym dywaniku, który leży na środku pokoju oderwany pomponik od czapki zimowej, albo włochatą zabawkę Waszego psiaka, albo puchatą zawieszkę, którą Wasza mama nosi przy kluczach? Otóż najprawdopodobniej pomyliliście się. To nie była żadna zabawka, ani część waszej czapki ani też zawieszka Waszej mamy. Spotkaliście po prostu Bałaganka nawet o tym nie wiedząc.
Udajcie się więc do Waszych pokoików, usiądźcie wygodnie, a kto wie, może zwabione tą barwną opowieścią Bałaganki zechcą się ujawnić, wyjść ze swoich norek i się przywitać? Miejcie uszy i oczy szeroko otwarte, bo to, co wydaje się Wam niemożliwe w tej chwili może się zrealizować. Pozwólcie sobie na odrobinę fantazji, uwierzcie w cuda i wysłuchajcie opowieści do końca. Opowieści o dwóch małych dziewczynkach Hani i Mani, które pewnej nocy spotkały Bałaganka.
Sami się przekonajcie.



Dawno dawno temu, za górami za lasami…. Ojoj nie, nie. To nie ta bajka. Nasza wydarzyła się całkiem niedawno i nie tak daleko, tuż za zakrętem w małym miasteczku, w małym domeczku, w małym pokoiku małych siostrzyczek.
Zbliżała się wiosna, a z nią wiosenne porządki. W domu Hani i Mani zbliżało się jeszcze jedno duże wydarzenie, na które cała rodzina, a zwłaszcza dziewczynki czekały cały rok. Był to dzień ich urodzin. Obie przyszły na świat wiosną, więc rodzice postanowili zorganizować dla nich wspólne przyjęcie. Chociaż oznaczało to nieco więcej  przygotowań, to dzięki pomocy całej rodziny praca mijała w miłej atmosferze. Mama miała ręce pełne roboty, ponieważ chciała sprawić, żeby dziewczynki w tym wyjątkowym dniu były szczęśliwe. Oczywiście pracy było co niemiara. A to okna zakurzone po zimie, nie mówiąc już o wszystkich rączkach odbitych na szybach przez dziewczynki, które z zapartym tchem w długie zimowe popołudnia i wieczory obserwowały, jak śnieżne płatki wirują w powietrzu i opadają na gałązki drzew pozbawionych liści. Obserwowały, jak sikorki pełne wdzięczności zajadały słoninkę, którą w karmniku razem z dziadkiem zawiesiły z początkiem zimy w trosce o zapełnienie brzuszków małych ptaszków.
A to trzepanie dywanów, na których nieraz rozsypała się miska chrupek kukurydzianych zajadanych po obiedzie przez Hanię i Marysię, a to wiórki, które zostały po wieczornych kolorowankach i struganiu kredek. Nie mówiąc już o innych obowiązkach, które spoczywały w rękach mamy. Praniu, odkurzaniu, ścieraniu kurzy.
Marysia była jeszcze zbyt mała, aby zrozumieć, że każda pomoc jest na wagę złota. W końcu miała dopiero dwa latka. Co prawda nie przeszkadzało jej to, aby bzikować, biegać wokół stolika wesoło śpiewając czy wychlapując mleko ze swojej butelki. O nie! Na takie zabawy Marysia zdecydowanie nie była za mała. I każdy, kto patrzył na Marysię widział w niej małego pulchnego aniołka, który beztrosko z uśmiechem na twarzy rozwesela wszystkich domowników wypełniając dom dźwięcznym śmiechem. I wszystko by się zgadzało, gdyby tylko temu małemu aniołkowi od czasu do czasu przyprawić malutki ogonek i dwa szpiczaste różki. Bo tylko domownicy wiedzieli, co potrafi, kiedy tylko nie dostanie tego, czego właśnie chce.
Co innego Hania. To mała pięcioletnia dziewczynka o szerokim beztroskim uśmiechu, blond włoskach i delikatnych, zwinnych, dziewczęcych ruchach. Zupełne przeciwieństwo Marysi. Ona już rozumiała, że trzeba pilnować porządku i pomagać przy codziennych obowiązkach.
I chociaż nie zawsze udawało się jej to realizować, to widać było, że bardzo się stara. Wystarczyło na nią czasami ukradkiem zerknąć, by zobaczyć, jak próbuje powtarzać czynności wykonywane przez mamę.
No, ale przecież nie chodziło już tylko o zwykłe sprzątanie, ale o przygotowania do urodzin, na których miało zjawić się sporo gości.  Zaproszono cztery wesołe kuzynki. Choć każda była w innym wieku, to w zabawie świetnie potrafiły się dogadywać. Kiedy bawiły się w rodzinę od razu wiedziały, która jest mamusią, a która córeczką. Oprócz kuzynek w odwiedziny miały przyjść również koleżanki Hani i Mani z przedszkola oraz żłobka.
Tort był już zamówiony- oczywiście miał to być jednorożec z tęczową grzywą i różowym rogiem na środku czoła o smaku truskawek i bitej śmietany. Mamusia dziewczynek kupiła też plastikowe kubeczki i talerzyki oraz serwetki, na których również namalowana była ta bajkowa postać. Teraz trzeba było tylko posprzątać pokój i zrobić miejsce na okrągłym stoliku, aby można było ładnie wszystko ułożyć. Hania, bardzo chętna do pomocy, szybciutko zabrała się za układanie zabawek, książek i lalek. Zaścieliła też swoje łóżeczko, a kołderkę przykryła puchatym kocem, na którym namalowane były czarne kotki. Chociaż to jeszcze nie dzisiaj przypadał dzień urodzin, to Hania wiedziała, że łóżeczko ścielić należy każdego dnia. Wyniosła też brudne ubranka do prania, bo dobrze wiedziała, że w garderobie stoi duży kosz, do którego należy wrzucać poplamione rzeczy. Mama była z niej bardzo dumna. Nawet mała Marysia zerkała na Hanię i nieudolnie próbowała wrzucać malutkie zabaweczki do pudełeczek. Wyciągała też z szafy czyste bluzeczki i zanosiła je do kosza z brudnym praniem. Nic więc dziwnego, że potem mama miała całe sterty prania.
Dzień urodzin zbliżał się wielkimi krokami. Z samiutkiego rana, kiedy tylko pierwsze promyki słońca dotarły do pokoju, Hania zerwała się z łóżka, pobiegła do mamy do kuchni i z radością zabrała się do pomocy przy przygotowywaniu przekąsek dla gości. Na szczęście mama zdążyła rano pojechać po zakupy. Chociaż nie obyło się bez niespodzianek. A to zapomniała portfela, w samochodzie było mało paliwa, a truskawki do babeczek były wykupione. Na szczęście mama wróciła po portfel, odwiedziła kilka sklepów w poszukiwaniu truskawek, a w drodze powrotnej pojechała po paliwo. Można było więc rozpocząć przygotowania. Hania rozkładała na talerzu ciasteczka i owoce. Do osobnych kubeczków wsypała paluszki i orzeszki. Pomogła nawet mamie przygotować lemoniadę, bo sama uwielbiała ten cytrynowy napój nie mówiąc już o tym, ze czasami ukradkiem podbierała cytrynę i lizała ją, mocno się przy tym krzywiąc.
Po przygotowaniach w kuchni ubrała nową sukieneczkę. Jak przystało na mała modelkę sukienka była różowa i obszyta mieniącymi się kolorami tęczy cekinami. Poprosiła też mamę o zaplecenie warkoczyków, do których będzie mogła założyć błyszczącą opaskę. A że Hania była wzorem dla małej Marysi, to ta, choć jeszcze miała króciutkie włoski też chciała założyć opaskę i kolorową sukienkę.
Wszystko było już gotowe. Dziewczynki wystrojone, stolik nakryty, przekąski gotowe. Nawet mama i tata wyglądali jakoś inaczej, bardziej odświętnie. Jeszcze tylko słodkie babeczki, których zapach unosił się w całym domu potrzebowały kilku minut, by idealnie smakować i wyglądać na urodzinowym stole.  Teraz z niecierpliwością wszyscy wyczekiwali gości. Według rozesłanych zaproszeń wszyscy mieli zjawić się na godzinę piętnastą. Och, jak ten czas się dłużył dziewczynkom.  Nie minęło jednak kilka chwil, kiedy w drzwiach stanęły koleżanki i kuzynki Mani i Hani. Radości było, co nie miara. Wszystkie mocno się uściskały i ruszyły do pokoju  dziewczynek do wspólnej zabawy. W domu od razu zrobiło się gwarno i wesoło. Było więcej niż pewne, że po całym dniu wspólnego szaleństwa pokój dziewczynek będzie nie do poznania. I to nie w tym dobrym znaczeniu. Ale to był jeden jedyny dzień w roku, więc mama nie chciała zwracać im uwagi na porządek, a tym samym psuć dziewczynkom zabawy.
Z pokoju dobiegały radosne śmiechy, ale od czasu do czasu słychać było dziwne odgłosy, jakby coś spadało albo przewracało się. A to książki spadły z półki na podłogę, kiedy dziewczynki próbowały wyciągnąć bajkę, która wyjątkowo im się spodobała, a to zatrzaskujące się drzwi szafy, kiedy wszystkie zdecydowały się przebrać w sukienki Hani. Z każdym głośniejszym hałasem mama zaglądała do pokoju, aby upewnić się, że nikomu nic się nie stało i za każdym razem wracając do kuchni była coraz bledsza. Wiedziała, że przez kolejny dzień będzie robiła porządki po urodzinowym przyjęciu.
Przyszedł też czas na dmuchanie świeczek na jednorożcowym torcie i wspólne „sto lat” odśpiewane przez wszystkich zaproszonych gości. Tak na wspólnej zabawie minął wszystkim cały dzień.
Kiedy nadszedł wieczór, dziewczynki ze łzami w oczach żegnały się z kuzynkami i koleżankami długo i bardzo czule. Hania i Marysia były tak zmęczone, że nawet nie zdołały pokazać mamie upominków, które otrzymały. Co prawda zaczęły ściągać ozdobny papier, w który zawinięte były prezenty, ale sprawiło to tylko, że na środku pokoju oprócz całego bałaganu znalazła się jeszcze sterta podartych papierków.
Na szczęście mama rozłożyła szybciutko łóżko, ułożyła dwie puchate poduszeczki oraz kolorową kołderkę i ściągając im przez sen buciki, pozwoliła zasnąć w ubrankach. Zaśpiewała im jedną kołysankę, ponieważ był to ich wspólny wieczorny rytuał i sama zmęczona całodzienną pracą usiadła z tatusiem na wygodnej kanapie. Chcieli razem spokojnie obejrzeć film, ale mama zmęczona po całym dniu położyła głowę na ramieniu taty i szybciutko zasnęła.
W środku nocy Hanię zbudziły dziwne odgłosy.
-Bałaganko! Bałaganko! Gdzie jesteś?!- ktoś wołał cichutkim, piskliwym głosikiem.
Hania w pierwszej chwili po przebudzeniu, pomyślała, że coś się jej przyśniło, więc przyłożyła głowę do poduszki i poszła spać dalej. Ale sytuacja się powtórzyła. Tyle tylko, że teraz słyszała nie jeden, ale kilka różnych głosików, które wołały jakąś Bałagankę. Szybko podniosła główkę z poduszki i zaczęła się rozglądać. Choć było ciemno, to blask księżyca oświetlał pokój dziewczynki. Sama nie mogła w to uwierzyć. Na szczycie góry, która powstała z podartego papieru prezentowego, na samym środku pokoju stało dziwne włochate stworzonko. Wyglądało, jakby puchaty pomponik oderwany od zimowej czapki. Nie większe było niż malutka figurka wyciągnięta z jajka niespodzianki. Ale dobry wzrok Hani szybciutko dostrzegł napuszone włoski stworka. A był to właśnie Bałaganek. W pierwszej chwili nie zauważył, że jakiś człowiek go dostrzegł, ale po chwili zrozumiał, że Hania z uwagą się mu przygląda. A że był najodważniejszy ze wszystkich Bałaganków zamieszkujących pokój dziewczynek, postanowił się przedstawić. Choć mówił bardzo cichutko, to dzięki temu, że w domu wszyscy spali, Hania była w stanie usłyszeć jego głos.
-Witaj Haniu, jestem Bałaganek i razem z moją rodziną mieszkamy w Twoim pokoju. Uwielbiamy chować się między książkami, które wypadły z półek na podłogę, albo pod ściągniętą przez Ciebie na środku pokoju kolorową skarpetką. A że przypominamy malutkie pomponiki, nie zwracamy na siebie szczególnej uwagi. Bardzo lubimy nieporządek, ale w Twoim pokoju po urodzinowym przyjęciu panuje tak wielki bałagan, że zaginęła w nim moja siostrzyczka- Bałaganka. Chciała wszystkim pokazać jak bardzo jest odważna i sama wyruszyła na nocny spacer. Teraz, razem z Tatą Bałagankiem i Mamą Bałaganką wszędzie jej szukamy już od kilku godzin i nie możemy jej odnaleźć.
Hania nie zastanawiając się długo poprosiła Bałaganka, aby ten opowiedział jej, jak wygląda jego siostrzyczka, by łatwiej było ją odnaleźć.
-Bałaganka jest moją ukochaną siostrzyczką. Ma puchate, różowe włoski, które na co dzień wyglądają jak mały pomponik. Tym razem jednak zaplotła je w dwa małe warkoczyki, aby okruszki, które spadły na ziemię po Twoim urodzinowym torcie nie skleiły jej włosków. Co prawda nazywamy się Bałagankami, ale sami lubimy nosić czyściutkie ubranka. Lubimy, kiedy w Twoim pokoju jest troszkę nieporządku, bo wtedy nasze nocne spacery są ciekawsze. Możemy udawać, że walczymy z wielkim zabawkowym smokiem, albo wspinamy się na sterty książek leżących na dywanie, albo też jeździmy malutkim czerwonym autkiem, które leży między Twoimi zabawkami-powiedział Bałaganek.
-Ale pytałaś mnie jak wygląda moja siostra. A więc Bałaganka ma na sobie śliczną sukieneczkę w polne maki oraz malutkie kaloszki, które ochronią jej stópki przed kałużami z rozlanej na podłodze lemoniady. Jej buzia ma brzoskwiniowy kolor, policzki pokrywają rumieńce, a w jej niebieskich oczkach odbija się cały blask księżyca. Ech, wiem, że czasami się kłócimy-zresztą tak jak Ty i Marysia, ale bardzo się kochamy. Proszę, pomóż mi ją odnaleźć, bo bardzo za nią tęsknię-smutnym głosem dodał Bałaganek.
-Wiesz Haniu, jest jeszcze jedna ważna sprawa-dodał puchaty cudak. Bałaganka bardzo lubi śpiewać. Choć nie do końca jej to wychodzi, to marzy o karierze piosenkarki i chciałaby wystąpić na corocznym Balu Bałaganków. Ma taką swoją ulubioną piosenkę, którą zawsze nuci, kiedy się boi. Chyba zaczynała się tak:
„Idę sobie ciemną nocką i niczego się nie boję,
Bo odważna jestem bardzo, o marzenia walczę swoje.
Mam futerko kolorowe, głosik śliczny także mam,
Jaka zdolna i zaradna dziś pokażę wszystkim Wam.

I nie boje się niczego, smoka misia pluszowego,
bo bałagan mi niestraszny- Bałaganek jest odważny.
Każdy dzisiaj powie Ci,  Bałagankiem dobrze być”.

-Może przekręciłem kilka wyrazów, ale mam nadzieję, że pomoże Ci to w poszukiwaniach-powiedział.
Hania nie zastanawiając się długo zabrała się do poszukiwań. Tyle tylko, że nie bardzo wiedziała, od czego powinna zacząć. Wszędzie panował ogromny bałagan. Zabawki porozrzucane były po całym pokoiku. Ubranka, które przed urodzinami wisiały na wieszakach w szafie, teraz leżały w kącie pokoju. Ba! W kilku kątach pokoju. Na stoliku leżały jeszcze plastikowe kubeczki- jedne puste inne niedopite, ale wywrócone, więc prosto ze stolika na podłogę kapała z nich cytrynowa lemoniada. Oj, nie lada wyzwanie czekało Hanię. Ale postanowiła, że się nie podda. W końcu złożyła obietnicę, że odnajdzie Bałagankę. A musi to zrobić zanim słoneczko pojawi się na niebie, bo Bałaganki w ciągu dnia zasypiają. Promienie słoneczne otulają je jak ciepła kołderka i wprowadzają w długi, błogi, słodki sen.
-O nie! Kiedy Bałaganka zaśnie, nie będzie śpiewała! Wtedy nie usłyszę jej cieniutkiego głosiku i na pewno jej nie odnajdę!-zmartwiona krzyknęła.
Wzięła głęboki oddech i zdecydowała, że zacznie od zebrania w jedno miejsce wszystkich ubranek, które razem z dziewczynkami wyjęły z szafek. Potem zawiesi je na wieszakach. Niestety niektóre rzeczy trzeba było poskładać i odłożyć na miejsce. Szło jej troszkę opornie, bo chociaż czasami podpatrywała jak mamusia składa jej ubranka, to, kiedy przyszło jej powtórzyć czynności mamy wcale nie było już tak prosto. Ale Hania nie poddała się- w końcu obietnica to obietnica. Była już na tyle duża, że wiedziała, że wszystkie spódniczki powinny być ułożone w najniższej szufladzie, a bluzeczki w tej środkowej. Wiedziała też, że rajstopki i skarpetki mają swoją własną szafkę. I chociaż to zadanie wydawało się nie mieć końca, Hanie była bardzo wytrwała.
 O nie!- ktoś tutaj idzie- pomyślała Hania. Drzwi do pokoju się otworzyły, światło zaświeciło, a w progu stanęła mamusia. Miała zaspane oczka, śmieszne pantofle na stopach i błyszczącą piżamkę, którą na urodziny dostała od tatusia.
– Haniu, dlaczego w Twoim pokoju ciągle świeci się światło?- cichym głosem zapytała córeczkę.
Hania, nie zastanawiając się zbyt długo powiedziała mamusi, że wstała napić się wody, bo zabawy urodzinowe sprawiły, ze jest bardzo spragniona.
-No dobrze Haniu, napij się szybciutko wody, wskakuj po kołderkę, bo zaraz obudzimy Marysię, a wiesz jak potrafi być marudna, kiedy jest niewyspana- dodała mama.
Hania bardzo żałowała, że nie powiedziała mamusi całej prawdy. Dobrze wiedziała, że nie należy kłamać. Ale z drugiej strony wiedziała też, że mamusi pewnie ciężko byłoby uwierzyć w to, co właśnie działo się w jej pokoiku. Niestety teraz musi zgasić światło i położyć się do łóżka, żeby mamusia nie musiała ponownie jej upominać.
Leżąc na łóżeczku, cały czas zastanawiała się jak odnaleźć Bałagankę, ponieważ czasu było coraz mniej. Wiedziała, że pozostali członkowie rodziny Bałaganków cały czas próbują ją odnaleźć. Przypomniała sobie, że była kiedyś z rodzicami na rodzinnych zajęciach dla małego majsterkowicza i tatuś kupił jej specjalną skrzyneczkę z narzędziami. Była tam też mała latarka, która dzięki bateriom świeciła całkiem jasno.
-No dobrze, skoro mamy światło możemy wracać do poszukiwań Bałaganki.- z uśmiechem na twarzy pomyślała Hania. Tylko, za co się teraz zabrać. Ubranka już złożyłam. Mamusia na pewno bardzo się ucieszy, kiedy zobaczy jak bardzo się postarałam. A może by tak teraz ułożyć wszystkie książeczki?
I jak postanowiła tak zrobiła. Małe czytanki w twardych oprawach powędrowały do małych książeczek na najniższą półkę, aby Marysia mogła sama po nie sięgnąć, kiedy będzie chciała pooglądać obrazki. Czytać w końcu jeszcze nie potrafi, ale uwielbia przeglądać zdjęcia zwierzątek i naśladować ich odgłosy. Większe książki do większych, a te grające na osobną półeczkę. No z tymi to było hałasu, co niemiara. Pan o wyjątkowo  niskim głosie z barwnej bajki zaczął głośno chrapać, kaczka z innej książki kwakała w poszukiwaniu małych kaczątek, które gdzieś zaginęły, a z innej dolatywało głośne „Hu, Hu! Hu, hu!”- to sowa z kolorowej bajki o zwierzątkach przypominała, że jeszcze noc. Uf, jak dobrze, pomyślała Hania- mam jeszcze odrobinę czasu, aby odnaleźć Bałagankę.
Przyszedł i czas na układanie zabawek. Eh, Hania troszkę opadła z sił i zasmuciła się mocno, ponieważ zabawek było strasznie dużo.
-Ale może właśnie tam odnajdę Bałagankę? Może miała ochotę na przejażdżkę autkiem, o którym mówił Bałaganek?- pomyślała.
-Nawet gdybym bardzo się postarała, to na pewno nie zdążę ze wszystkim do rana –rozmyślała.
Pociągnęła noskiem, a mała łezka kapnęła na błękitny papierowy parasol, jeden z tych, które mamusia przypinała do kubeczków z kolorowymi napojami urodzinowymi. Tyle tylko, że tym razem usłyszała cichutkie -uważaj, bo będę cały mokry! To mały Bałaganek, który ciągle się kręcił po pokoju i razem z Hanią szukał swojej siostrzyczki. Był już mocno zmęczony, bo to nie lada wyzwanie dla tak malutkiego stworka przeszukać każdy kąt tak dużego pokoju. Ale chciał być bohaterem i tym, który odnajdzie zaginioną siostrę. Myślał, że sam da radę przeszukać wszystkie zakamarki. Bałaganek jednak pocieszył Hanię, że razem na pewno dadzą radę i odnajdą malutką dziewczynkę. 
Oczywiście, zdarzyło się tak, że w czasie układania zabawek wszystkie ciuchcie i wagony zaczęły grać, gwizdać i wydawać różne dźwięki. Hania nie musiała długo czekać, kiedy do pokoju ponownie zapukała mamusia. –Haniu, kochanie, dlaczego już nie śpisz? Rano będziesz bardzo zmęczona. Jednak Hani tak bardzo zależało na znalezieniu Bałaganki, że wydychając głośno powietrze wydusiła szybko z siebie:
 -Mamo, Bałaganka jest w opałach a tu jest bardzo brudno, muszę szybciutko posprzątać. Chyba nie zdążę ze wszystkim! Pomożesz mi? Proszę….
Hania patrzyła na mamusię wielkimi jak grochy oczkami i czekała na jej reakcję. Bała się, że znów będzie musiała położyć się do łóżka. Mimo to wiedziała, że postąpiła słusznie mówiąc prawdę. Na szczęście mama Hani uznała, że dziewczynka pewnie jest bardzo zmęczona i dlatego mamrocze dziwne rzeczy. Jednak uznała, że skoro Hania bardzo chce posprzątać i potrzebuje pomocy, to chętnie jej pomoże. Przyniosła worek na śmieci, do którego obie wrzucały brudne plastikowe talerzyki i kubeczki oraz papierowe serwetki. Hania ukradkiem zerkała, czy aby coś dziwnego nie ląduje w worku razem z innymi śmieciami. Potem, obie wzięły ściereczki i wspólnie wytarły stolik oraz podłogę, które splamione były rozlaną lemoniadą cytrynową. Jeszcze tylko miotła i łopatka i żaden okruszek nie przyklei się do malutkiej włochatej nóżki Bałaganki.
-Nawet przyjemne okazało się to sprzątanie pokoju z mamusią- pomyślała Hania.
Kiedy pracowały wspólnie, z minuty na minutę robiło się coraz czyściej. Hania nawet odnalazła kilka zabawek, którymi bardzo lubiła się bawić, ale gdzieś się zawieruszyły. Teraz, kiedy mama poszła do kuchni zrobić sobie herbatę, mogła wrócić do układania zabawek. Niestety ranek zbliżał się bardzo szybko więc musiała się śpieszyć.  Hania wzięła mały koszyczek i zaczęła do niego wkładać te najmniejsze zabawki. Wiedziała, że to ulubione zabawki Marysi, dlatego chciała, aby siostra rano miała się czym bawić. Miała też nadzieję, ze może odnajdzie autko, o którym wspominał Bałaganek a w nim jego siostrę. Jednak w samochodziku nikogo nie było. Potem pozbierała wszystkie zabawkowe przekąski i talerzyki i ułożyła je w swojej zabawkowej kuchni.
A teraz misie. Wszystkie miały swoje miejsce na najwyższej półce, z której mogły obserwować cały pokój i opiekować się Hanią i Manią. Różowy z białą kokardką siedział obok brązowego w czerwonej kamizelce, a obok nich ten, który wyglądał jak bajkowa świnka. Powolutku, stojąc na plastikowym krzesełku, sadzała pozostałe Przytulanki zaczynając od największych. Układała je jedna koło drugiej.
 Ale ale-czy mi się tylko wydaje, czy ktoś tutaj nuci piosenkę?- pomyślała Hania. Zerknęła na Marysię, ale ta słodko spała. Kiedy przysłuchała się dokładniej, usłyszała coś o kolorowym futerku i ładnym głosiku. Zaraz- pomyślała-czy przypadkiem nie tak brzmiały słowa piosenki, którą Bałaganka lubi śpiewać? O tak! Muszę być coraz bliżej!- podskoczyła z radości.
O! Czy to nie moja ulubiona skarpetka zawieszona na różowej kredce wygląda jak flaga na wietrze?-powiedziała do siebie Hania przyglądając się nieco dokładniej. Wiecie, co zobaczyła między dwoma misiami, które nie opuściły swojej półki i z góry wszystko obserwowały? Malutkie, przestraszone oczka wpatrujące się w nią bez najmniejszego mrugnięcia. Rozpoznała po opisie, dwa małe warkoczyki, kaloszki i sukieneczkę w maki, mimo że ta była cała mokra, bo zmoczyła się pod słodkim wodospadem z lemoniady kapiącej ze stolika wprost na podłogę. Tak! To musi być Bałaganka! To na pewno jest Bałaganka- uradowała się Hania. Ale kiedy chciała zbliżyć się do niej o krok, mała Bałaganka ukryła się pod pluszową nóżką misia. Hania delikatnie uniosła włochatą nogę pluszaka i przedstawiła się.
-Cześć, jestem Hania. Twój braciszek Bałaganek prosił mnie, abym pomogła mu Cię odnaleźć. Wszyscy się bardzo martwią i wszędzie Cię szukają. Chodź, pomogę Ci zejść z półki i szybciutko zaniosę Cię do Twojej rodziny. Chociaż Bałaganka początkowo była niezbyt ufna, uznała, że Hania wygląda na bardzo mądrą dziewczynkę. Noi przecież tyle wiedziała o Bałagankach, że musiała wcześniej jakiegoś poznać, który to wszystko jej opowiedział.
Łzom radości nie było końca, kiedy Hania zaniosła malutką cudaczną istotkę do jej rodziny. Wszyscy byli bardzo wdzięczni, za pomoc. Wiedzieli, ze bez Hani musieliby wrócić do poszukiwań kolejnej nocy. A że mieli jeszcze chwilę czasu, Bałaganka opowiedziała im wszystkim, co przydarzyło się jej podczas nocnego spaceru.
-Wiecie co? To było straszne!-zaczęła Bałaganka.-Kiedy wyruszyłam na spacer, wydawało mi się, że będzie to świetna przygoda! Ale już po paru minutach bardzo żałowałam. Może i była to przygoda, ale nie tak świetna, jak mi się to wydawało. W pokoju panował tak straszny bałagan, że zgubiłam drogę do domu-dodała.
Na te słowa Hania wstydliwie opuściła główkę, bo wiedziała, że to przez wygłupy i zabawy urodzinowe Bałaganka wpadła w tarapaty.
-Kiedy szłam przez pokój mijałam ogromne góry z ubrań wyciągniętych z szafy, wielkie lemoniadowe kałuże, klejące się do wszystkiego okruchy po niedojedzonych babeczkach, grające ciuchcie i śpiewające sowy, które machały swoimi skrzydłami. Oczywiście na początku było miło. Po drodze odwiedziłam lecznicę dla zwierząt, w której zabawkowa pani doktor badała małego kotka i chomika. Miała biały fartuszek i słuchawki, dzięki którym mogła usłyszeć bijące serduszka zabawkowych zwierzątek. Ach, gdybyście mogli to zobaczyć. Wstąpiłam też na popołudniową herbatkę do innej laleczki, która zaprosiła mnie na swój taras na chwilę odpoczynku i pyszne ciasteczko. Po odwiedzinach pomyślałam, że jeśli wyjdę na najwyższą półkę, to łatwiej dostrzegę, w którym kierunku powinnam pójść. Niestety schodząc ze ścieżki zgubiłam się, a w dodatku nie potrafiłam sama zejść, ponieważ było dla mnie za wysoko i zbyt stromo. Pomyślałam też, że przecież mogłabym zadzwonić do mojej rodziny, ale przecież Bałaganki nie używają telefonów. Dzięki temu częściej się spotykają i ze sobą rozmawiają. I chociaż czasami zdarzają się sytuacje, kiedy telefon byłby świetnym rozwiązaniem, to jednak  zawsze znajdują  inne rozwiązanie.
-Ale Haniu, Ty mnie zauważyłaś i pomogłaś. Bardzo Ci dziękuję. Wszyscy bardzo Ci dziękujemy-zwróciła się z uśmiechem do dziewczynki.
Hania patrzyła na Bałagankę, a w jej głowie pojawiło się chyba tysiąc myśli. Jedna za drugą.
-Czy to tylko wyobraźnia Bałaganki, czy moje zabawki naprawdę potrafią leczyć, bawić się i pić herbatkę? Chyba już nigdy się tego nie dowiem. Ale to nic. Najważniejsze, że wszystko się szczęśliwie skończyło-pomyślała.
Każdy z tej przygody nauczył się czegoś mądrego. Hania wyjątkowo dużo zrozumiała. Teraz już wie, że musi bardziej doceniać pracę innych. Zrozumiała, że jej mamusia musiała się bardzo napracować, aby jej pokoik był czyściutki i pachnący, by mogła przyjąć w nim swoich gości. A przecież o porządek należy się troszczyć nie tylko, kiedy zbliża się jakaś wielka okazja. Każdego dnia powinniśmy dbać o to, żeby w domu było czysto.
Hania nauczyła się też, że zawsze należy dotrzymywać złożonych obietnic- tak jak tej złożonej Bałagankowi. Kiedy obiecała zrobić wszystko, co tylko będzie w jej mocy, by odnaleźć mu siostrzyczkę, tak właśnie zrobiła. Teraz wie, że jeśli ona będzie potrzebowała pomocy, będzie mogła na nich liczyć.
Wiecie, co jeszcze Hania zrozumiała? Że nawet, jeśli czasami pokłóci się z Marysią, która pociągnie ją za warkoczyk, albo siłą odbierze jej ulubioną lalkę, to najważniejsze jest to, że Marysia jest jej młodszą siostrzyczką, o którą należy się troszczyć i uczyć ją, co wolno, a czym może innym sprawić przykrość.
Przypomniała sobie jeszcze jedną ważną lekcję. Pamiętacie jak bardzo było jej źle, kiedy nie powiedziała mamusi, po co tak naprawdę wstała z łóżeczka? Bardzo żałowała, że od razu nie powiedziała całej prawdy, może mama by jej uwierzyła za pierwszym razem i pomogła w poszukiwaniach Bałaganki? Od tamtego momentu postanowiła, że będzie już zawsze mówiła prawdę.
Pamiętajcie też, że z każdej opowieści możecie się nauczyć czegoś mądrego, czegoś, co kiedyś może was pomóc.
Teraz, kiedy już powoli słoneczko pokazywało się na horyzoncie, cała rodzina Bałaganków razem z Hanią siedziała na kolorowym włochatym dywanie z szerokimi uśmiechami. Wszyscy byli szczęśliwi, że poszukiwania w końcu się zakończyły, a mała Bałaganka odnalazła się cała i zdrowa. W podziękowaniu małe puchate cudaki nauczyły Hanię bałagankowego hymnu, który wspólnie śpiewały, kiedy tylko na niebie pojawiał się księżyc, a one mogły beztrosko wyjść z ukrycia. Wspólnie, więc razem zaśpiewali:
„Noc już ciemna, noc gwiaździsta,
Pełna wrażeń do nas przyszła.
My - wesołe Bałaganki,
bez pośpiechu, bez obawy,
śmiało opuszczamy norki,
już gotowe do zabawy!
Tańce, skoki, wygibasy,
My wesołki- nie smutasy.
Śpiewy głośne aż do rana,
cecha nasza wszystkim znana!”.
Na koniec wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem.
- Może nie wszystkim znana, ale Hani na pewno- dodał Bałaganek.
Marysia otworzyła szeroko swoje oczka i z radością spojrzała na Hanię.
-Cześć Haniu!-cichutko powiedziała.
-Dobranoc Marysiu - szeroko ziewając powiedziała Hania i obie zaczęły się głośno śmiać.
Bałaganki powędrowały do swoich kryjówek, by tam zasnąć i spokojnie zaczekać na kolejną noc. Hania dowiedziała się też, gdzie podziały się jej ulubione skarpetki, których brakowało jej do pary. To niesforne Bałaganki zabrały je z szuflady i wsuwały się w nie, by jak pod puchatą kołderką słodziutko zasnąć. Po tym zdarzeniu jeszcze  nie raz w środku nocy do uszu Hani docierały cichutkie śpiewy i okrzyki radości. Nie podnosząc głowy z poduszki uśmiechała się delikatnie pod noskiem nie przeszkadzając Bałagankom w nocnych harcach. Tylko od czasu do czasu machała im delikatnie ze swojego łóżeczka. Te wskakiwały wtedy na kołderkę Hani i dawały jej malutkiego pstryczka w nos, który był dla niej jak łaskotanie malutkim piórkiem.
Dzieciaki, teraz już mi wierzycie? Kiedy będziecie spędzać czas w swoim pokoju rozejrzyjcie się dokładnie wokół siebie. Nikt nie zna tego miejsca lepiej niż Wy sami. A może coś wyda się Wam jakieś inne, dziwne, tajemnicze? Może to Bałaganki Was obserwują? Zerkają na Was zza pluszowego misia? A może nawet chcą się z Wami zaprzyjaźnić?
KONIEC


Copyright © 2016 BLOG , Blogger